DA M A z kodem

autor: Wojtek Staszewski

Do nowych technologii trafiają zwykle przez przypadek. Ale gdy już zasmakują E-adrenaliny, to nie chcą wracać do humanistyki.


ANITA: OD URZĘDNICZKI DO AGENCJI BRANŻY NOWYCH TECHNOLOGII

Anita Kijanka studiuje na okrągło, cały tydzień. Od poniedziałku do czwartku politologię, od piątku do niedzieli filologię angielską – na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach. Po trzecim roku idzie na trzy miesiące na wakacyjny staż w urzędzie marszałkowskim – a zostaje tam przez trzy lata. Pierwszy wykonywany zawód to urzędniczka.

I tak naprawdę trudno powiedzieć, w którym momencie zmienia branżę na specjalistkę w dziedzinie nowych technologii. Ten proces zaczyna się chyba, kiedy w 2009 roku wyjeżdża służbowo na konferencję InternetBeta w Rzeszowie. – To był inny świat. Ludzie siedzieli z laptopami na kolanach i komentowali na bieżąco na Blipie wystąpienia ze sceny, a wszystko wyświetlało się na ekranie – opowiada dziś z emocjami.

Anita dowiaduje się, co to barcamp – nieformalne spotkania ludzi z branży internetowej, organizowane już wtedy w Polsce w Warszawie czy Krakowie: – Przyjeżdżają prelegenci i opowiadają case’y o współpracy z influencerami, o kampaniach w social mediach. I postanowiłam, że za rok zrobię w Kielcach własny barcamp. Byłam pierwszą kobietą, która go zorganizowała.

Anita Kijanka Fot. Archiwum Prywatne

Nazywa go Kielcecom, zakłada profil na Facebooku, tworzy wydarzenie, zaprasza trzech znajomych prelegentów. Spotkań organizuje kilka, za żadne nie płaci ani nie zarabia na imprezach. I zaczyna szukać pracy w Warszawie. Znajduje też „wydarzenia kobiece”, ale szybko się zraża, bo to albo usługi fryzjerskie, albo coaching pod hasłem „Jesteś słaba, stań się silna”. A ona czuje się silna jak diabli. Postanawia zrobić spotkania odpowiadające na – jak uważa – faktyczne potrzeby kobiet. Ktoś ma fajną firmę, opowie, jak ją założył. Ktoś powie, jak dbać o siebie, skutecznie ćwiczyć, dobrze się odżywiać. Ktoś o seksualności kobiet. Cykl spotkań nazywa Wenusjanki.

– Nauczyłam się budować społeczności – mówi z dumą Anita. Przychodzą kobiety, które chcą znaleźć podwykonawców, klientów, a nierzadko zawierają przyjaźnie, także biznesowe. Spotkania odbywają się w Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku, Krakowie, Poznaniu i Kielcach. Anita nie wydaje złotówki na prelegenta, przeciwnie – pojawiają się firmy, które chcą się pokazać na spotkaniach.

Po trzech latach traci cierpliwość do Wenusjanek, tematy się powtarzają. Zresztą tak rozkręciła agencję – Come Creations Group – że nie ma już na to czasu. Sprofilowała ją na branżę nowoczesnych technologii. I teraz wraca do niej to, co latami robiła z pasji i bez pieniędzy: – 70 proc. klientów to osoby, które poznałam przy okazji Wenusjanek albo Kielcecom. Robiłam to za darmo, ale nie na darmo, bo dzięki temu ludzie dowiedzieli się, co umiem zrobić. Buduję teraz społeczności wokół firm naszych klientów. I postanawia przygotować w Come Creations Group raport „55 kobiet w świecie nowych technologii”.

ANITA KIJANKA Z wykształcenia doktor nauk społecznych. Dziś specjalizuje się w komunikacji nowych produktów. Technologie to dla niej permanentna nauka

RAPORT

– Ciężko harują, ale nie dbają o swoją „widoczność”, visibility. Skupiają się na pracy – ocenia kobiety pracujące w tej branży Anita Kijanka. Z przedstawionej w raporcie grupy tylko 37 proc. Kobiet ma wykształcenie techniczne, a 63 proc. to humanistki, najczęściej po socjologii, psychologii czy politologii. Połowa twierdzi, że do nowych technologii trafiły przez przypadek – najczęściej było to „spotkanie odpowiedniej osoby w odpowiednim czasie”. Zapytane, co najbardziej lubią w swojej pracy, najczęściej odpowiadają: „Dynamikę branży, to, że wszystko się zmienia”. – Charakterystyczna dla branży nowych technologii jest duża otwartość na innych, chęć współpracy. Prelegent po evencie chętnie umówi się na kawę, by porozmawiać po partnersku o biznesie – komentuje Kijanka. – A cechą wspólną przedstawionych w raporcie kobiet jest ciekawość. Interesujesz się, czytasz, pytasz, testujesz i wdrażasz.

Z 55 sylwetek agencja rekomenduje do rozmowy dwie, które radykalnie zmieniły branżę. Historyczkę sztuki Zuzannę Stańską i japonistkę Aleksandrę Jarośkiewicz.


ZUZANNA: OD HISTORII SZTUKI DO APLIKACJI MUZEALNYCH


Giorgione to zajebisty typ, malarz z Wenecji. Ziomek Tycjana, razem malowali. Ale jest mniej znany, bo żył tylko 30 lat, a nie prawie 90 jak Tycjan. Do dziś trwają spory, czy niektórych ob. razów znanych jako Tycjana nie namalował Giorgione. A malował bardzo tajemniczo, na jego najbardziej znanym dziele „Burza” jest i karmiąca Cyganka, i żołnierz.

Zuzanna Stańska jara się przy tej opowieści tak jak wtedy, kiedy była w liceum i miała kapitalne lekcje historii sztuki. Idzie potem na stosunki międzynarodowe, ale po dwóch latach ma dość, bo „mało tam wiedzy, a dużo nadęcia”, i idzie na historię sztuki.

Nie jest szczęśliwą studentką na garnuszku rodziców. Mama nie żyje, Zuzanna ma po niej niewysoką rentę. Ojciec dorobił się w latach 90., ale część pieniędzy poszła na leczenie mamy, reszta wyparowała, kiedy ojca Zuzanny oszukał wspólnik. I ojciec się, jak opowiada Zuzanna, „posypał”. W czasie studiów to raczej ona ma jego utrzymanie na głowie, niż może liczyć na jego pomoc („Chociaż kumplem zawsze był dla mnie świetnym” – mówi).

Zuzanna Stańska, Fot. Archiwum Prywatne

Na pierwszym roku studiów zarabia jako „sekretarka-sprzątaczka” w biurze wspólnika ojca. Potem jest robota za robotą: w recepcji w hostelu, szukanie lokacji na potrzeby filmu, spisywanie wywiadów socjologicznych. Idzie do agencji PR, ma organizować eventy, ale umiera z nudów, w dodatku tragicznie płacą, 800 zł za miesiąc. Odchodzi stamtąd przed sesją, żeby się więcej pouczyć (a żyje ze spisywania wywiadów). Ale jej kolega współorganizuje ciekawy event w Warszawie – 1. Startup Weekend.

I dzwoni z prośbą, bo trzeba robić streaming do internetu, a kamera się zepsuła i ktoś musi siedzieć i naciskać co kwadrans guziczek „włącz”.

Fucha jak fucha – Zuzanna idzie i nie spodziewa się, że chyba właśnie w tym momencie jej życie zawodowe wskakuje na nowe tory. Obok niej siedzi kolega, który ma wrzucać na Twittera relacje z eventu, a że streaming nie trwa cały czas, Zuzanna zaczyna mu pomagać. Żeby mieć materiał do tweetów biega po wszystkich, poznaje mnóstwo ludzi: – I dostałam zaraz propozycję etatu w funduszu, który inwestował
w start-upy. Przepracowałam tam rok.

Wcześniej jednak jedzie na Erasmusa do Rzymu, przy okazji znajduje pracę w Musei Capitolini. Ale zamiast posadzić ją na stołeczku w sali muzealnej, dają jej pracę przy tworzeniu aplikacji. Ma wrzucać do bazy opisy dzieł zebranych w muzeum.

– Praca była prosta: kopiuj-wklej. Postanowiłam napisać o takich apkach pracę licencjacką, a żeby mieć materiał, zaczęłam prowadzić blog o technologii w muzeach. Problem tylko, że nikt na wydziale nie chciał mnie przyjąć na licencjat, bo tam w ogóle nie było zajęć o marketingu muzeów, nie mówiąc już o aplikacjach, które mają służyć temu marketingowi. Dopiero po kilku miesiącach znalazłam promotorkę.

Szuka też po polskich muzeach – czy któreś by nie chciało, żeby im stworzyła taką aplikację. W 2011 roku muzea też nie wiedzą, o co chodzi – poza jednym. Muzeum Historii Żydów Polskich (dziś Polin), które nie ma jeszcze gotowej siedziby, zamawia u Zuzanny aplikację Warszawa Jest Moja. Chodzi się z telefonem z włączonym GPS-em, a kiedy dojdzie się do określonych punktów, włącza się kamera i kiedy skierujemy ją na wybrany fragment miasta, aplikacja pokazuje, jak to miejsce wyglądało kiedyś. Wędrówka odbywa się śladami Janusza Korczaka, bo na to było dofinansowanie. Zuzanna wie, jak to ma wyglądać, stronę techniczną zleca informatykom, aplikacja jest gotowa na czas. – Ale to było za wcześnie. Tu był potrzebny sprzęt wysokiej jakości, a u nas królowały wtedy biedaandroidy. Muzeum zrobiło kampanię PR, mieli nawet billboardy w metrze. Ale nikt tej apki nie aktualizował i po trzech latach została zdjęta.

Przez kolejne dwa lata nie udaje jej się zainteresować aplikacjami muzealnymi żadnej placówki. Ale już wskoczyła w świat cyfrowy, robi marketing innych apek i zdobywa wart 10 tys. euro grant Microsoftu na stworzenie własnej aplikacji. Microsoftowi zależy wtedy na promocji Windows Phone i finansuje atrakcyjne aplikacje. A jej taki pomysł właśnie wpada do głowy: History Daily, jedna data z historii codziennie,
coś jak kartka z kalendarza. Grafikę opracowuje jej kumpel, firmę informatyczną, która za 10 tys. zł przygotowuje aplikację, znajduje w Białymstoku. Stała ekipa ludzi na zlecenie się przyda, bo muzea
same zaczynają się zgłaszać z zamówieniami aplikacji, które Zuzanna przez poprzednie dwa lata im proponowała. Ma już wtedy firmę Moiseum i pomysł przywieziony z wakacji na Krecie: – Umierałam z nudów na leżaku w resorcie i myślałam. Jakiego miałam zajebistego farta, że miałam tę historię sztuki w szkole. I że ludzie się boją muzeów, bo się wstydzą, że czegoś nie wiedzą. I że można by im codziennie pokazywać jedno dzieło sztuki i coś o nim opowiedzieć.

Wydaje ostatnie pieniądze z apki dla Muzeum Historii Żydów Polskich i tworzy apkę, która podbije świat: Daily Art. Zleca jej stworzenie swojej ekipie, teksty o dziełach sztuki pisze sama i bierze się do promocji.
– Pisałam do portali, blogerów, oni to opisywali i chwyciło. Ludzie zaczęli to ściągać. Przez trzy lata apka była bezpłatna, ale po roku dodałam wersję pro z wyszukiwarką, która kosztowała 1 dol. Nadal ściągali. Po trzech latach podwyższyłam cenę do 5 dol. i nadal ściągali. Po sześciu – poprosiłam o donacje. Mam pół miliona użytkowników, w tym 60 proc. ze Stanów Zjednoczonych, oni są przyzwyczajeni do takich gratyfikacji, jak im się coś podoba. A 20 proc. to rynek chiński. Przygotowuję teraz tłumaczenie na chiński, hiszpański, portugalski, włoski, francuski i turecki. Polska wersja? Kiedyś była, ale nikt nie ściągał – rozkłada ręce Zuzanna.

Nie wyobraża sobie pracy w muzeum na etacie: – Nie umiem wstawać rano. I siedzieć od 9 do 17. Mam zawiechy w dzień, ale mogę też pracować do 23. Wszyscy w Moiseum pracują zdalnie, biuro miałam przez chwilę i wcale tam nie przychodziłam. Mam poczucie swobody. Oczywiście jest stres, jak patrzę na budżet W Excelu – co będzie, jak przez trzy miesiące nie będzie żadnego zlecenia? Ale mam poczucie swobody, którego za nic bym nie zamieniła. Mam dobre życie, mogę sobie pozwolić na studia w Krakowie (piszę pracę magisterską o sztucznej inteligencji w muzeach), utrzymuję siebie, trzech pracowników, ojca i kota. Jak w Europie jest jakaś wystawa, to sobie jadę. Do Stanów jeszcze nie, ale kiedyś zarobię na bilet.

Zuzanna uważa, że podział „humaniści kontra ściślaki” to „płaska dychotomia”: – Humaniści mają superskillsy działające w świecie technologii. A w ogóle cała historia sztuki to zlecenia, dopiero w XIX wieku
pojawili się malarze-biedacy. Wcześniej był mecenas, a teraz mecenasem jest klient oczekujący dobrej aplikacji. Technologia jest ważna, mam od tego ludzi, ale jak to ma wyglądać dla użytkownika, to moja głowa.

ZUZANNA STAŃSKA Wymyśliła Moiseum. Tworzy aplikacje popularne na całym świecie, z których największy zasięg zyskało DailyArt

ŚCIEŻKI

Jak się trafia do branży nowych technologii? W raporcie można znaleźć najdziwniejsze ścieżki.

Magdalena Borowik, doradca ds. technologii transakcyjnych w Ministerstwie Cyfryzacji, po Wyższej Szkole Bankowości w Poznaniu: – To były czasy wczesnego internetu. Pisaliśmy blogi i rozmawialiśmy na czatach. Polski internet był wtedy bardzo mały, praktycznie wszyscy się znali. Na jednym z kanałów Agata „Endo” Nowicka (dziś światowej klasy rysowniczka, pracująca w tamtym czasie u hurtownika telekomunikacyjnego) zaproponowała mi pracę, którą przyjęłam. Pracowałyśmy i mieszkałyśmy przez jakiś czas razem. Praca polegała na budowie między narodowych łączy internetowych. To było fascynujące zajęcie, dzięki któremu zakochałam się w sieciach. Był to poziom meta: w internecie dostałam pracę, w której budowałam „wyjście za granicę” dla polskiego internetu.

Agata Chmielewska, e-commerce & online marketing consultant, po biologii: – Do branży nowych technologii trafiłam zupełnie przez przypadek. Robiąc zakupy w drogerii internetowej, jako świeżo upieczona studentka biologii, zobaczyłam ogłoszenie dotyczące pracy na stanowisku moderatora opinii. Już wtedy byłam wygadana. Przyjęto mnie bez wahania, ale od razu na bardziej odpowiedzialne stanowisko. Było to ponad dziesięć lat temu. Magistra biologii zdobyłam, jednak to związek z branżą nowych technologii okazał się związkiem na całe życie.

Katarzyna Gola, researcherka oraz strateżka działań biznesowych i marketingowych w branży modowej przy użyciu nowych technologii, po krakowskiej AGH: – Studiowałam na AGH, a to uczelnia techniczna i zaraża „techbakcylem” nawet humanistów (jak mnie). Tam zaangażowałam się w koło naukowe poświęcone programowaniu i efektom specjalnym oraz poznałam ludzi, z którymi założyłam Flowbox (gdzie tworzyliśmy software do VFX i język programowania Luna). Praca w kole w połączeniu z socjologią i pasją do fotografii zaowocowała założeniem GeekGoesChic i zainteresowaniem fashiontech.

Katarzyna Ryfka-Cygan, przedsiębiorczyni, trenerka i eksperta e-commerce, po zarządzaniu: – W wieku 15 lat sprzedaż przez internet była dla mnie okazją do zarobienia pierwszych pieniędzy w rodzinnej firmie. Zaczynaliśmy od sprzedaży okazyjnie kupionego drobnego sprzętu AGD. Firma działała wyłącznie dzięki kanałowi internetowemu i dynamicznie się rozwijała, aż doszliśmy do miejsca, w którym jesteśmy jednym z czołowych wytwórców produktów z łuską gryki w Europie.


ALEKSANDRA: OD JAPOŃSKIEJ PERFEKCJI DO TEMPA W ONLINE

Japońska grzeczność wynika z potrzeby społecznej. Oni po prostu umówili się na uprzejmość, bo inaczej by się pozabijali w tyle osób na tej małej przestrzeni. Ta fasada to tatemae, ale każdy Japończyk
ma jeszcze honne – „prawdziwe uczucia”. Dlatego po 23 spracowani Japończycy upijają się w trupa, śpiewają i rzygają na ulicach, śpią w metrze.

Tak o Japonii opowiada Aleksandra Jarośkiewicz, absolwentka japonistyki na UW. Kraj, którego sztukę i filozofię pokochała w liceum, poznała, kiedy siedziała tam pół roku i pisała pracę magisterską.

Po studiach nie chce jednak zostać tłumaczem, tylko idzie do korporacji – L’Oréal. Pierwszego dnia opiekuje się nią inna stażystka, biegają po firmie cały dzień i o 16 Aleksandra nieśmiało pyta, czy mogą zjeść obiad. – A, tak – przypomina sobie nowa koleżanka, schodzą do stołówki, jest już tylko zupa. – Świetnie. I po chwili zrozumiałam, dlaczego ona się ucieszyła. Wzięła talerz w ręce, wypiła zupę na raz i mogłyśmy wracać do pracy – opowiada Aleksandra. Szybko wchodzi w ten rytm, zabiera do pracy batony energetyczne, żeby skrócić czas na posiłki. W wieku 28 lat czuje pierwsze objawy wypalenia zawodowego. Praca w korporacji staje się dla niej powoli nie do zniesienia. 1 stycznia 2011 r. robi postanowienie noworoczne: miesiąc na wymyślenie własnego biznesu i dwa miesiące na dopracowanie szczegółów.

Aleksandra Jarośkiewicz Fot. Albert Zawada, Agencja Gazeta

Z pracy wraca o 21-22, zmęczona, bo pracuje od 8.30. Je przy komputerze i szuka w japońskim internecie inspiracji. Parasolki na czapeczkach, poduszki masujące mały palec u stopy, motylek do prostowania nosa – wszystko do niczego, ale otwiera na nowe myślenie. I w końcu wymyśla coś dobrego: aplikację, w której
można sobie samemu zaprojektować buty.

Razem z Mikołajem, ówczesnym partnerem, Pawłem, kolegą Mikołaja ze studiów, i jeszcze trójką znajomych postanawiają działać. Ale jak? Robią zrzutę na aplikację i prototyp, razem 30 tys. zł. Jest nazwa: Fun in Design.

Skąd wziąć buty? – To dopiero był problem. Zaczęliśmy od szewców, okazało się, że to wiekowi ludzie, nie wezmą żadnych dodatkowych zamówień. Duże firmy nie chciały z nami rozmawiać, bo dziwiły się, że ktoś chce sprzedawać buty przez internet. Chodziliśmy po szkołach zawodowych, szukaliśmy programów unijnych. Aż raz Mikołaj opowiedział o tym znajomemu, a ten mówi: „Wiesz, u mnie w rodzinie jest taki zakład”.

Tymczasem Paweł okazuje się skutecznym PR-owcem, załatwia im wejście do „Dzień dobry TVN”. Aleksandra bierze w pracy dzień urlopu, opowiada w telewizji o aplikacji i dostają od razu tysiąc zamówień.

W marcu 2012 r. postanawiają, że Aleksandra się zwalnia i całą energię pakuje w firmę. Odchodzi od lipca, ale wtedy okazuje się, że nagle pracę traci Paweł.

- Nie byliśmy przygotowani na utrzymywanie z firmy dwóch osób. Trzeba było przeprowadzić trudne rozmowy – kto się może zaangażować w rozwój. Było nas sześcioro wspólników, ale wiadomo, że np. koleżanka, która jest lekarką, nie rzuci szpitala dla Fun in Design. To były trudne rozmowy, bałam się stracić znajomych, musieliśmy sobie pooddawać pieniądze. A zaraz potem wygraliśmy event Startup Agory – wspomina Aleksandra. – Tak jest w biznesie. Jest dół, następnego dnia czysta, uzależniająca radość, a następnego znów atak paniki. Tracisz znajomych, bo po pierwsze, ciągle gadasz o biznesie, a po drugie, nawet jak gryziesz się w język, to i tak raz jesteś w euforii, a raz w depresji.

Wiosną 2013 r. znajdują inwestora, który obejmuje połowę firmy i wnosi 500 tys. zł w gotówce. Rozwijają aplikację, otwierają sklep stacjonarny w centrum Warszawy, ale muszą go zamknąć, bo obok zaczyna się budowa biurowca i ruch na tej ulicy ustaje, a czynsz jest kosmiczny. W 2013 r. mają milion złotych obrotu, ale nie widzą nawet 1 proc. tych pieniędzy.

Sprzedają firmę w lipcu 2015 r. – ale strata firmy jest według badań jak śmierć dziecka. Wchodzisz w okres żałoby. – Mnie ratowała praca – opowiada Aleksandra. – Dostałam propozycję dyrektora e-commerce w Matrasie. I wtedy sobie pomyślałam: może z tą firmą był niewypał, ale jak inaczej w wieku 33 lat miałabym zostać dyrektorem? Cztery lata prowadzenia własnej firmy nauczyły mnie więcej niż jakiekolwiek studia czy inna praca. Dzięki temu na co dzień mam większą swobodę podejmowania decyzji, a e-commerce rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie, więc nie narzekam na brak ciekawych projektów w bardzo różnych branżach.

Aleksandra zdradza, jak się przebranżowić: – Rozpoczynając projekt w nowej firmie, dużo czasu poświęcam na naukę, po godzinach nadrabiam wiedzę o nowym rynku, czytając raporty o branży, głównych graczach czy nowinkach, i oczywiście uważnie słucham nowych współpracowników. Po 1,5 miesiąca zaczynam wyczuwać rynek. Ale mam jeszcze śmiałość, żeby wrzucać pomysły, które działały w innej branży.

Ostatnio pracowała nad optymalizacją procesu rekrutacji programistów w firmie IT. Potraktować CV jako produkt i zbadać, ile przynoszą nakłady na ogłoszenia, np. na Pracuj.pl czy LinkedIn. Dzięki temu wie, gdzie opłaca się ogłaszać, a firma oszczędza pieniądze.

Teraz po raz kolejny uruchamia własną firmę – platformę dla agencji rekrutacyjnych, nie chce jeszcze zdradzać szczegółów, ale cieszy się, że dzięki poprzednim doświadczeniom jest jej o wiele łatwiej, ma zaufane grono doradców, lepszy warsztat biznesowy i zaplecze finansowe. Znów jest to projekt po godzinach, tym razem z czystej potrzeby uczenia się i tworzenia. Tym razem nie nakłada na siebie presji, bo motywacja jest inna.

Kiedyś wydawało jej się, że w korporacji pracuje na okrągło, a teraz nie chciałaby wrócić do offline: – Tam wydrukuję dwa plakaty w ciągu miesiąca, nuda. Awonline mam codziennie dwie promocje. Cały czas coś się dzieje! _

ALEKSANDRA JAROŚKIEWICZ
Japonistka, pasjonatka świata e-commerce. Właśnie uruchamia kolejną własną firmę