Na kwadratowych kołach.
Kobiety w kolarstwie szosowym

Marek Deryło

Połowa zawodowych kolarek zarabiała w 2017 r. mniej niż 850 euro miesięcznie. - To i tak nie jest zły wynik - mówi Małgorzata Jasińska, piąta zawodniczka tegorocznych mistrzostw świata. - Dziewięć lat temu jeździłam w zespole we Włoszech. Dostawałyśmy na tydzień sześć euro i 25 centów na głowę.

A przecież rower to najbardziej feministyczny przedmiot na świecie. Symbol sufrażystek z przełomu XIX i XX wieku. „Dla mężczyzn był na początku tylko nową zabawką, dla kobiet okazał się rumakiem, na którym wjechały do nowego świata” - pisze o nim Sue Macy, autorka książki „Wheels of Change: How Women Rode the Bicycle to Freedom (With a Few Flat Tyres Along the Way)”. Susan B. Anthony, współzałożycielka (w 1869 r.) Amerykańskiego Stowarzyszenia na rzecz Praw Wyborczych Kobiet, powiedziała, że „dla sprawy emancypacji kobiet rower przysłużył się bardziej niż cokolwiek innego na świecie - obdarzył kobietę uczuciem niezależności, samodzielności i wolności”.

Ponad sto lat później nikt już nie oskarża cyklistek o złe prowadzenie się, ale rower szosowy wciąż mógłby być pewnym symbolem - oznaką tego, jak wielkie dysproporcje występują w zarobkach mężczyzn i kobiet uprawiających sport. Mógłby nim być, ale symbolem nie może być przecież coś, co jest tak słabo dostrzegane.

Podczas tegorocznego Tour de France 13 kobiet ze stowarzyszenia J-1 (od „Jour minus 1”, czyli „dzień przed [mężczyznami]”) przed każdym etapem męskiego wyścigu przejeżdżało ten sam odcinek trasy, aby pokazać, że – jak twierdziła jedna z kolarek - „bez problemu potrafimy przejechać tyle kilometrów, więc też chcemy mieć swój wieloetapowy wyścig”. I znów, byłyby niewątpliwie wstydliwym problemem dla organizatorów, czyli francuskiej grupy medialnej ASO (Amaury Sport Organisation), gdyby nie fakt, że nawet dla kibiców i mediów były tylko ciekawostką. Dużo więcej uwagi przyciągały smukłe hostessy dekorujące zwycięzców każdego etapu.

Dyskryminacja to chyba zbyt słabe słowo, aby adekwatnie określić sytuację kobiet w kolarstwie szosowym. Nas wciąż właściwie nie ma, mogłybyby powiedzieć zawodniczki. Zamiast 21 etapów i 3351 km kolarki startowały we Francji w „La Course”, jednodniowym wyścigu na trasie 118 km. „La Course” był po prostu 10. etapem wyścigu mężczyzn – odbył się nawet tego samego dnia. Trochę lepiej jest co prawda podczas Giro Rosa, odpowiedniku Giro d’Italia - tam kobiety miały w tym roku do przejechania dziesięć etapów o łącznym dystansie 975,2 km - ale to jedyne tak duże zawody w cyklu. Reszta to krótkie wyścigi za marne pieniądze.

Fot. Agencja Gazeta

Według raportu organizacji The Cyclist’s Alliance, założonej w celu poprawy sytuacji zawodowych kolarek, w 2017 r. więcej niż połowa zawodniczek wciąż musiała mieć drugą pracę, aby móc żyć na przyzwoitym poziomie. A tylko 11 proc. z nich zarabiało więcej niż 36 tys. euro, czyli tyle, ile wynosiła w tamtym roku płaca minimalna dla kolarzy z cyklu Pro Tour.

Kobiety żebrały - to chyba dobre słowo - o płacę minimalną od dawna, ale otrzymają ją dopiero w 2020 r. Ma wynosić nieco ponad 30 tys. euro rocznie. Ale też będą mogły z niej skorzystać tylko zawodniczki z najlepszych drużyn.

- Pracujemy nad wprowadzeniem nowej kategoryzacji drużyn. Najlepsze zespoły będą objęte wymogiem płacy minimalnej - powiedział portalowi cyclingnews.com David Lappartient, szef Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI). W 2020 r. takich drużyn ma być pięć, rok później dziesięć, a w 2022 - 15 (wszystkich zespołów jest 46). - Zaczynamy tak ostrożnie, ponieważ nie chcemy stracić biedniejszych zespołów, które może nie byłyby w stanie sprostać finansowo takiemu zadaniu jak wprowadzenie minimalnej pensji - dodał.

- Jeżeli rzeczywiście ten program wejdzie w życie, to będzie to naprawdę duża pomoc dla kolarek. Bo teraz nawet sama próba porównywania zarobków kobiet i mężczyzn w naszym sporcie jest śmieszna - mówi Jasińska. - Decyzja UCI to duży krok naprzód. Bardzo powoli, ale kolarstwo szosowe kobiet jednak trochę się cywilizuje. Ja już pewnie będę na sportowej emeryturze, ale może moje młodsze koleżanki doczekają lepszych czasów? Jeszcze kilka lat temu jeździłam za darmo, tylko dlatego, że kocham ten sport.

Może dziwić, że wprowadzenie płacy minimalnej określane jest jako „duży krok naprzód”, ale ktoś, kto choć trochę poznał kolarstwo szosowe kobiet, wie, że ocena Jasińskiej jest racjonalna. Jeszcze jedno porównanie: kiedy Elizabeth Deignan-Armitstead zdobyła mistrzostwo świata w 2015 r., dostała nagrodę w wysokości 2 tys. funtów, dziesięć razy mniej niż triumfujący w tym samym roku Słowak Peter Sagan.


SĄ POCIĄGI, NA KTÓRE SIĘ SPÓŹNIAĆ NIE WOLNO

Dysproporcje w dochodach kobiet i mężczyzn uprawiających sport występują niemal w każdej dyscyplinie, ale dlaczego w kolarstwie szosowym są aż tak bolesne? W kolarstwie górskim, dyscyplinie bardziej technicznej, różnice są już dużo mniejsze. Choć nadal zbyt duże. Maja Włoszczowska mówiła „Wyborczej” kilka miesięcy temu: „Szacuję, że kobiety w naszej dyscyplinie zarabiają około czterech razy mniej niż mężczyźni, bo oni mają lepsze kontrakty sponsorskie. To trochę przykre, bo przecież nasze wyścigi są tak samo ciężkie, trenujemy tyle samo, a w dodatku od nas sport wymaga więcej poświęcenia. Mężczyzna nie staje przed wyborem: rodzina albo kariera”.

Fot. Agencja Gazeta

Pierwszą hipotezą, która mogłaby wyjaśnić taki stan rzeczy, jest metryka obydwu dyscyplin. Kolarstwo szosowe ma już sporo ponad sto lat i pierwsze wyścigi odbywały się w czasach, gdy sport zarezerwowany był tylko dla mężczyzn. Trudno więc zmienić strukturę wytworzoną przez tak długi czas. Kolarstwo górskie narodziło się w latach 70., już po rewolucji obyczajowej. W latach 70. żadna z gazet nie napisałaby już raczej, tak jak w 1895 r. „New York World”, gdy drukował rady dla kobiet próbujących swoich sił na rowerze: „Nie pokazuj się w miejscu publicznym dopóty, dopóki nie nauczysz się poprawnie jeździć”.

Może wtedy, po rewolucji z lat 60., kolarstwo kobiet miało szanse na zmianę zatwardziałej struktury? Może przespało swoją wielką szansę? Zabrakło sufrażystek, które byłyby na tyle odważne, aby włożyć kij w szprychy męskich rowerów? Kobiece biegi narciarskie pojawiły się na igrzyskach olimpijskich w 1952 r. i wciąż są popularne. Kolarstwo szosowe kobiet zadebiutowało na IO dopiero w 1984 r.

- Sama nie wiem, dlaczego przez tyle lat w naszej dyscyplinie nic się nie zmieniało. Wiadomo, że sport kobiecy zawsze miał trudniej, ale inne dyscypliny poradziły sobie lepiej. Dziwi mnie to, bo uważam, że wyścigi kolarskie kobiet są czasem ciekawsze niż zawody mężczyzn - zastanawia się Jasińska. - Czasami jeden etap Tour de France ciągnie się godzinami, a wszystko rozstrzyga się na ostatnich kilometrach. A wyścigi kobiece są krótsze i dlatego emocje są już od momentu startu. Metę mamy bliżej, więc atakujemy dużo wcześniej.

W latach 80. odbyło się pięć edycji kobiecego TdF – Tour de France Feminin. Projekt upadł, bo zabrakło inwestycji, odpowiedniego marketingu i wielkich gwiazd, które mogłyby przyciągnąć zainteresowanie, a przede wszystkim sponsorów. Nieustannie próbowano odtwarzać ten format pod różnymi nazwami, aż w 2010 r. całkowicie z niego zrezygnowano. Czyżby kibice mieli oglądać wyścigi kolarskie na szosie tylko wtedy, gdy pedałują mężczyźni? Siła przyzwyczajeń byłaby aż tak wielka? Czy sytuacja wyglądałaby dzisiaj inaczej, gdyby Tour de France kobiet zorganizowano już sto lat temu?


ARTYSTKI CZY MASZYNY?

Ale może przyczyną beznadziei w kolarstwie szosowym kobiet jest nie tylko przegapienie właściwego momentu na organizację wielkiego kobiecego touru, lecz również sama specyfika tej dyscypliny, która w XXI wieku utrudnia wejście do grona masowo oglądanych sportów. Jak widzimy, według Małgorzaty Jasińskiej kobiece wyścigi mogą być bardziej emocjonujące niż dłużące się etapy wyścigów mężczyzn, bo walka o zwycięstwo zaczyna się wcześniej. Można się z tym zgodzić. Ale sport bardziej emocjonujący wcale nie musi być ciekawszy.

Miliony ludzi ogląda TdF nie tylko dla tych momentów, w których zaczyna się walka o zwycięstwo. Kolarstwo męskie na najwyższym poziomie to nie tylko emocje na ostatnich kilometrach, to też doprowadzanie ludzkiego organizmu do absolutnego limitu.

Fot. Agencja Gazeta

Najlepsi zawodowcy na świecie biorą udział w trzytygodniowych tourach, podczas których codziennie pokonują ponad 150 km na bardzo trudnych, często górskich odcinkach. W odległości kilkunastu centymetrów od siebie, z prędkością dochodzącą na zjazdach do stu kilometrów na godzinę. Po kilkunastu dniach morderczego wyścigu wciąż mają siłę, aby wjechać na wzgórze, którego nachylenie wynosi ponad 20 proc, osiągając moc przekraczającą 1000 watów. I wciąż być zdolnym do tego, aby przed metą rozpędzić rower do diabelskich prędkości. Jadą na granicy wytrzymałości, na granicy ryzyka. Po kraksach, po których normalni ludzie nie ruszaliby się z łóżka przez tydzień, oni szybko wskakują na rowery.

To właśnie urok tego sportu - przesuwanie granic możliwości ludzkiego organizmu. Dlatego bieg na 100 metrów mężczyzn jest ciekawszy niż jego kobiecy odpowiednik.

- Natury nie da się oszukać - powiedziała Katarzyna Niewiadoma, najlepsza polska kolarka szosowa, po tegorocznym „La Course”, w którym zajęła szóste miejsce. - Kobiety nie byłyby w stanie rywalizować przez trzy tygodnie tak jak mężczyźni. Wiem, że są zawodniczki, które chciałyby ścigać się w długich tourach, ale moim zdaniem one chcą pokazać, że są już duże i odważne. Dziesięć dni to dla nas maksimum.

Rzeczywiście trudno jest oszukać naturę, ale trzeba też przyznać, że kolarkom szosowym oszukać ją jest jeszcze trudniej niż innym sportsmenkom. W każdej dyscyplinie sportu, w której wykorzystywana jest w wielkim stopniu siła fizyczna, mężczyźni osiągają wyniki lepsze niż kobiety. Niemniej sport kobiet jest popularny. Ale przeważnie tam, gdzie naturę można trochę oszukać. W kolarstwie szosowym zawodniczki mają trudniej, bo nie mają wiele miejsca na wirtuozerię sportową i artyzm. Czesław Lang, zapytany o to, co trzeba robić, aby być dobrym w jeździe indywidualnej na czas, odpowiedział krótko: - Trzeba umieć pójść w trupa. Dać z siebie wszystko, a nawet więcej. Owo „więcej” decyduje o tym, kto wygrywa.

Owszem, kolarstwo jest bardzo skomplikowanym sportem, w którym wielkie znaczenie ma nie tylko taktyka, ale też intuicja, jednak ostatecznie najczęściej wygrywa ten, kto jest w stanie „pójść w trupa” bardziej brutalnie.

Agnieszka Radwańska uderza piłkę słabiej niż przeciętny tenisista, a jednak wciąż możemy się zachwycać jej magicznymi umiejętnościami technicznymi. Katarzyna Niewiadoma nie ma szans na to, aby być artystką – by wygrywać, musi być maszyną.


SPORTEM RZĄDZI MILTON FRIEDMAN

Byłoby wspaniale, gdyby się okazało, że przeznaczenie znacznie większych pieniędzy na kolarstwo szosowe kobiet przyczyni się do jego większej popularności – wskutek podniesienia poziomu rywalizacji, gdy zawodniczki będą mogły skupić się tylko na trenowaniu. W 2016 r. ASO osiągnęło prawie 46 mln euro zysku, co mogłoby pozwolić na dobrze zaplanowaną, długoterminową inwestycję w żeńskie kolarstwo. Ale nawet jeśli za kilkanaście lat sytuacja finansowa kolarek szosowych bardzo się poprawi, to można się zastanawiać, czy ta dyscyplina zdoła sobie wywalczyć miejsce na tak nasyconym rynku sportowym, jaki mamy obecnie.

Gdyby biegi narciarskie kobiet lub bieg kobiet na 100 metrów miały za sobą tak nikłą historię jak żeńskie kolarstwo szosowe, to czy mogłyby teraz przyciągnąć wielkie tłumy przed telewizory, aby emocjonowały się ich swoimi występami? A obie te dyscypliny - nie tak znowu popularne w skali świata - da się porównać do kolarstwa w tym sensie, że liczy się w nich przede wszystkim owa wspomniana przez Niewiadomą „natura”.


Można oczywiście myśleć o zastosowaniu pewnych instrumentów wspomagających przebicie sufitu ograniczającego ten sport, ale przykłady z innych dyscyplin pokazują, że niełatwo jest wprowadzić je w życie. Szczególnie, że świat sportu jest jak zaprojektowany przez Miltona Friedmana. Rządzi rynek. Krótko wyjaśnił to Rafael Nadal. Zapytany, czy w tenisie kobiety powinny zarabiać tyle samo co mężczyźni, odparł: - Nie. Ponieważ mecze kobiet ogląda o wiele mniej ludzi niż mecze facetów. Tak to działa. Modelki zarabiają o wiele więcej niż modele, bo przyciągają większą widownię - argumentował.

Ale jak przyciągnąć większą widownię, gdy kibice są już codziennie bombardowani wydarzeniami sportowymi? W dyscyplinach dużo ciekawszych niż kolarstwo szosowe kobiet. Bo oczywiście nie jest tak, że każdy sport jest tak samo interesujący. Sportowych dyscyplin - w odróżnieniu od matematyki, choć i tutaj są wątpliwości - ludzie nie odkrywają, lecz sami je tworzą. Raz wyszło lepiej, a raz gorzej.

Zła wiadomość dla kolarstwa szosowego kobiet jest taka, że już mniej więcej wiadomo, w których przypadkach udało się bardziej. I te dyscypliny - znów odwołanie do ekonomii - tak zdominowały rynek, że dla tych, którzy wcześniej zaspali i nie mają za sobą bogatej historii, miejsca już jest bardzo mało.